- Wiesz, czasami się zastanawiam co by było gdyby jednak Putin nie zwariował. - Głos wybrał jak zawsze najbardziej ulubioną porę na swoje rozmyślania.
- Proszę Cię, rozmyślaj sobie o tym po cichu i daj mi spać. - Jestem jeszcze na tyle spokojny, że nie unoszę tonu.
- Ciebie też to ciekawi. Przyznaj się, na pewno chciałbyś to wiedzieć. - Nie daje za wygraną. Wiem, że muszę się wysypiać ale i tak za każdym razem gdy się kładę on wymyśla nowe tematy, którymi mógłby mnie zamęczać.
- Daj już sobie spokój, musisz to robić? Nie mam ochoty wdawać się z Tobą w dyskusje, chce zasnąć. Ty nie musisz odpoczywać, możesz nadawać dzień i noc. Zaszyj się gdzieś głęboko w mojej głowie i tam sobie rozmyślaj o czym chcesz żebym Cie nie słyszał. - Już jestem lekko poirytowany a znając głos to pewnie dalej będzie ciągnął swoje wywody.
- Zawsze jesteś taki oporny na rozmowy na poważne tematy. Ja chcę Ci trochę urozmaicić te szare dni a Ty swoje. - Tak, taktyka na biedny głos w głowie, który nie ma przyjaciół to jego ulubiona.
- Rozmawiamy przecież jak nie śpię lub nie staram się zasnąć. Chciałbyś pewnie żebym poświęcał Ci cały swój czas, najlepiej pewnie by było jakbym nie wyruszył w planowaną podróż? - Pytam, zamykam oczy i staram się już go nie słuchać.
- Obaj dobrze wiemy, że jeżeli ją spotkasz to ja Ci już nie będę potrzebny, przecież jestem tylko Twoim mechanizmem obronnym na zbyt długa samotność. Twój umysł mnie stworzył więc do niego mniej pretensje nie do mnie. - Czuję, że zaraz się obrazi i będzie milczał aż znów będzie chciał mi podokuczać.
- Czasami mam wątpliwości jakobym mógł stworzyć coś tak irytującego jak Ty, tak wygadanego i pewnego siebie. Może ja mam w mózgu jakiegoś pasożyta, który właśnie wgryza się w jego część odpowiedzialną za takie rzeczy i tworzy Ciebie. - Głos, tak jak myślałem już się nie odezwał a ja w spokoju mogłem starać się zasnąć.
Stoję na nieznanej mi ulicy otoczony kamienicami. Wiatr z powybijanych okien stara się wyrwać postrzępione firanki. to dziwne ale wszystkie ulicę na których bylem walało się pełno śmieci, stały samochody zdemolowane w większym lub mniejszym stopniu, tu było jednak inaczej. Nie widziałem żeby cokolwiek leżało na ziemi, nie było czuć charakterystycznego zapachu, który jest teraz nieodłącznym elementem krajobrazu. Idę przed siebie chociaż nie wiem gdzie jestem ani w jakie miejsce miałbym się udać, mam jedynie wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Rozglądam się po najbliższych budynkach ale nie dostrzegam żadnego ruchu. Skręcam w prawo i na końcu długiej ulicy widzę postać małej dziewczynki odwróconej do mnie plecami. Mimo tej scenerii nie czuję się zaniepokojony spokojnym krokiem podchodzę do małej i mówię, przyjaźnie:
- Cześć.
- Cześć, zobacz jaką mam piękną nową lalkę. Pomożesz mi wybrać dla niej imię? - Dziwne, że mówi do mnie jakby mnie znała. W wyciągniętych rączkach pokazuję mi zupełnie nową lalkę Barbie, która nie pasuję do zabrudzonego stroju dziewczynki.
- Rzeczywiście, ładna lala. Co powiesz na imię Ola? Wydaje mi się, że to dobre imię. - Nic innego nie przychodziło mi do głowy.
- Nie podoba mi się. Oznajmia z typowym dla dziecka niezadowoleniem, które często można było zobaczyć okazywane w stosunku do dorosłych.
- Słaby jestem w wymyślaniu imion. Co powiesz na Stella? - Już nic więcej nie wymyślę. Teraz mógłby odezwać się wszystkowiedzący Głos.
- To bardzo ładne imię niech zostanie. Muszę już iść bo ciocia będzie się niepokoić a mamy niedługo iść na spacer. - Szybko zmienił się jej wyraz twarzy, na którym zagościł teraz szeroki uśmiech. Odwróciła się na podskakując zniknęła w najbliższych drzwiach.
- Jednak sobie poradziłeś. Nieźle, zważywszy na fakt, że to sen. - Beznamiętnie oznajmił Głos. Przebudziłem się, przewróciłem się na drugi bok i znów usnąłem.
Nasz apokalipsa to podróż dwóch osób chcących odnaleźć się w całkowicie zniszczonym świecie.
wtorek, 6 stycznia 2015
niedziela, 4 stycznia 2015
Apokalipsa we dwoje 4.
- Wychodzisz? - Słyszę za swoimi plecami cichy głos Matyldy.
- Tak, muszę zdobyć kilka rzeczy. Niedługo wyruszamy a brakuję nam jeszcze sporo rzeczy. - Zawiązałam buty, jeszcze kurtka i będę gotowa. - Wiem, że nie lubisz zostawać sama ale pamiętasz nasze ustalenia?
- Tak, mam siedzieć w pokoju i czekać na Twój powrót. Czego będziesz szukać? - Pyta, siadając obok mnie na łóżku.
- Potrzebujemy nowych śpiworów, więcej żywności, Tobie przyda się nowa kurtka przeciwdeszczowa i chciałabym znaleźć jakąś broń. - Nawet na nią nie patrze chociaż wiem, że ona wpatruję się we mnie cały czas. Nie lubię zostawiać jej samej, ciągle mam czarne myśli, że coś się jej może stać ale staram się walczyć z tym myśląc, że to mądra dziewczynka i nie zrobi nic głupiego. Muszę się skupić na dzisiejszym zadaniu, przed całym zamieszaniem wszystko było łatwo dostępne i wystarczyło pójść do odpowiedniego sklepu, wybrać co nam się podobało i zapłacić przy kasie. Teraz nie mam pojęcia co i gdzie mogę znaleźć, ludzie dostawali szału i kupowali niemal wszystko w pierwszych dniach upadku, później doszły również kradzieże i zdobywanie tego co było komuś potrzebne. Mimo, że mam za sobą już kilka eskapad to zawsze boję się, że nie będę mogła wrócić do Matyldy i dotrzeć do tego miejsca, w którym będzie On.
- Postaram się wrócić jak najszybciej, obym znalazła wszystko. - Pocałowałam dziewczynkę w czoło i wyszłam.
Jest cieplej niż mogło by się wydawać, jest prawie koniec marca a temperatura mimo godziny drugiej w nocy jest na pewno powyżej dziesięciu stopni. Do centrum zawszę wybieram taką samą trasę, latarnie od dawna nie świecą więc spokojnie mogę iść małymi podmiejskimi uliczkami. Słyszę tylko swoje kroki i przyśpieszony oddech. Muszę narzucić spore tempo jak chce się wyrobić przed świtem. Prawie półtorej godziny zajmuję mi dojście do centrum, oby półgodziny góra godzina zajęły mi poszukiwania wszystkiego co chcę znaleźć bo powrót bez pomocnego mroku może być trudna. Nie wiem czy ktoś w ogóle został w tej okolicy ale jeżeli nam się udało to jestem przekonana, że komuś innemu też. Niektórzy widząc mnie mogli by pomyśleć, że idzie paranoiczka, która rozgląda się na wszystkie strony, pewnie by tak było kiedyś ale teraz to ja bym wolała żeby nikt mnie nie widział. Może to tylko przewrażliwienie po wszystkich filmach post-apokaliptycznych jakie kiedyś widziałam i ludzie w takiej sytuacji jaką mamy obecnie będą zachowywać się przyjaźnie. Jednak wolę się o tym nie przekonywać. Chcę jedynie zdobyć co trzeba i wrócić do Matyldy.
Czasami zdaję mi się, że widzę światła w oknach, niekiedy odblask telewizora lub postać przyglądającą się mi. W takich chwilach biegnę aż nie uznam, że mogę zwolnić i po prostu iść. Spotkanie kogokolwiek było by chyba żywcem wyjęte z horroru, nie oglądałam ich kiedyś i nie zamierzam sprawdzać na własnej skórze jak będę się czuć w takiej sytuacji. Muszę oczyścić umysł i skupić się na celu jaki mam obrany. To daje mi siły aby pokonywać kolejne metry to oraz myśl, że w domu czeka na mnie Matylda. Choćbym nie wiem co nie dopuszczę do sytuacji, w której musiałaby zostać całkiem sama, nie chcę się nawet zastanawiać czy dałaby radę przeżyć. I tak mam wyrzuty sumienia, że chce ją ciągnąć w tak długa podróż.
Jeszcze kilka minut i będę w centrum. Zapomniałam całkowicie gdzie jest sklep ze sprzętem turystycznym a niby byłam tak dobrze przygotowana, znajdę go a obawiam się bardziej czy znajdę w nim to po co idę. Wiem już, był koło sklepu zabawkowego, jak starczy mi czasu może znajdę coś dla małej na poprawę humoru. Dodam do listy ale najpierw muszę zdobyć rzeczy niezbędne, później przyjdzie czas na przyjemniejsze poszukiwania. Dobrze, że to nie święta bo bym pewnie długo szukała czegoś co mogło by się jej spodobać. Po cichu czas zacząć "zakupy".
- Tak, muszę zdobyć kilka rzeczy. Niedługo wyruszamy a brakuję nam jeszcze sporo rzeczy. - Zawiązałam buty, jeszcze kurtka i będę gotowa. - Wiem, że nie lubisz zostawać sama ale pamiętasz nasze ustalenia?
- Tak, mam siedzieć w pokoju i czekać na Twój powrót. Czego będziesz szukać? - Pyta, siadając obok mnie na łóżku.
- Potrzebujemy nowych śpiworów, więcej żywności, Tobie przyda się nowa kurtka przeciwdeszczowa i chciałabym znaleźć jakąś broń. - Nawet na nią nie patrze chociaż wiem, że ona wpatruję się we mnie cały czas. Nie lubię zostawiać jej samej, ciągle mam czarne myśli, że coś się jej może stać ale staram się walczyć z tym myśląc, że to mądra dziewczynka i nie zrobi nic głupiego. Muszę się skupić na dzisiejszym zadaniu, przed całym zamieszaniem wszystko było łatwo dostępne i wystarczyło pójść do odpowiedniego sklepu, wybrać co nam się podobało i zapłacić przy kasie. Teraz nie mam pojęcia co i gdzie mogę znaleźć, ludzie dostawali szału i kupowali niemal wszystko w pierwszych dniach upadku, później doszły również kradzieże i zdobywanie tego co było komuś potrzebne. Mimo, że mam za sobą już kilka eskapad to zawsze boję się, że nie będę mogła wrócić do Matyldy i dotrzeć do tego miejsca, w którym będzie On.
- Postaram się wrócić jak najszybciej, obym znalazła wszystko. - Pocałowałam dziewczynkę w czoło i wyszłam.
Jest cieplej niż mogło by się wydawać, jest prawie koniec marca a temperatura mimo godziny drugiej w nocy jest na pewno powyżej dziesięciu stopni. Do centrum zawszę wybieram taką samą trasę, latarnie od dawna nie świecą więc spokojnie mogę iść małymi podmiejskimi uliczkami. Słyszę tylko swoje kroki i przyśpieszony oddech. Muszę narzucić spore tempo jak chce się wyrobić przed świtem. Prawie półtorej godziny zajmuję mi dojście do centrum, oby półgodziny góra godzina zajęły mi poszukiwania wszystkiego co chcę znaleźć bo powrót bez pomocnego mroku może być trudna. Nie wiem czy ktoś w ogóle został w tej okolicy ale jeżeli nam się udało to jestem przekonana, że komuś innemu też. Niektórzy widząc mnie mogli by pomyśleć, że idzie paranoiczka, która rozgląda się na wszystkie strony, pewnie by tak było kiedyś ale teraz to ja bym wolała żeby nikt mnie nie widział. Może to tylko przewrażliwienie po wszystkich filmach post-apokaliptycznych jakie kiedyś widziałam i ludzie w takiej sytuacji jaką mamy obecnie będą zachowywać się przyjaźnie. Jednak wolę się o tym nie przekonywać. Chcę jedynie zdobyć co trzeba i wrócić do Matyldy.
Czasami zdaję mi się, że widzę światła w oknach, niekiedy odblask telewizora lub postać przyglądającą się mi. W takich chwilach biegnę aż nie uznam, że mogę zwolnić i po prostu iść. Spotkanie kogokolwiek było by chyba żywcem wyjęte z horroru, nie oglądałam ich kiedyś i nie zamierzam sprawdzać na własnej skórze jak będę się czuć w takiej sytuacji. Muszę oczyścić umysł i skupić się na celu jaki mam obrany. To daje mi siły aby pokonywać kolejne metry to oraz myśl, że w domu czeka na mnie Matylda. Choćbym nie wiem co nie dopuszczę do sytuacji, w której musiałaby zostać całkiem sama, nie chcę się nawet zastanawiać czy dałaby radę przeżyć. I tak mam wyrzuty sumienia, że chce ją ciągnąć w tak długa podróż.
Jeszcze kilka minut i będę w centrum. Zapomniałam całkowicie gdzie jest sklep ze sprzętem turystycznym a niby byłam tak dobrze przygotowana, znajdę go a obawiam się bardziej czy znajdę w nim to po co idę. Wiem już, był koło sklepu zabawkowego, jak starczy mi czasu może znajdę coś dla małej na poprawę humoru. Dodam do listy ale najpierw muszę zdobyć rzeczy niezbędne, później przyjdzie czas na przyjemniejsze poszukiwania. Dobrze, że to nie święta bo bym pewnie długo szukała czegoś co mogło by się jej spodobać. Po cichu czas zacząć "zakupy".
piątek, 2 stycznia 2015
Apokalipsa we dwoje 3.
Plan, muszę mieć dobry plan. Patrząc na to jak daleka i ciężka droga mnie czeka, muszę dobrze rozlokować miejsca na spanie i ewentualne dłuższe postoje. Alternatywy dla miejsc, które wybiorę a jednak nie będą nadawały się do tego aby się tam zatrzymać.
- Pamiętaj, że czeka Cię jeszcze jedna wyprawa tu na miejscu. - Milczący jak dotąd głos w głowie musiał przypomnieć mi o tym co muszę jeszcze zrobić, oraz że jego milczenie było tylko chwilowe.
- Dobrze o tym wiem. - Odpowiedziałem, chociaż dobrze wiedziałem, że on mi o tym przypomniał.
Zakładając, że będę mógł przejść około trzydziestu może czterdziestu kilometrów dziennie to trasa zajmie mi około dwóch miesięcy.
- Wóz albo przewóz. - Skwitował krótko głos.
Ignoruje go w takich chwilach żeby móc się skupić na tym co ważne, to nie czas na dyskusje z głosem w własnej głowie, który myśli, że pozjadał wszystkie rozumy. Z jednej strony chce omijać duże miasta bo tam zawsze może być niebezpieczniej niż w małych miasteczkach czy zabitych dechami wioskach, problemem są zapasy, których nie zabiorę ze sobą na dwa miesiące. W miastach chyba mimo wszystko będzie większe prawdopodobieństwo, że coś znajdę. Na początek muszę dostać się w okolice autostrady A1, okolice raczej wyludnione więc powinno być dobrze. Grudziądz, Toruń, Inowrocław, Gniezno i Poznań, to na początek musi mi wystarczyć. Jeżeli nie będzie żadnych komplikacji to w góra dwanaście dni powinienem tam dotrzeć.
- Bierzesz wszystkie czynniki negatywne pod uwagę? - Jak zwykle, głos pyta z niekrytą radością jakby zagiął mnie czymś o czym pewnie nie pomyślałem.
- Oczywiście, pogoda, zmęczenie, odciski i o wszelakich innych powodach opóźnienia mojego marszu pomyślałem. - Odparłem wiedząc, że tym razem mnie nie zagnie. Dodałem tylko. - Innych ludzi nie biorę pod uwagę. Takich rzeczy przewidzieć nie mogę.
- Co ja słyszę, od kiedy Ty tak wszystko planujesz? - Głos zapytał, dobrze wie, że rzadko kiedy planuję cokolwiek nauczony tym, że plany bardzo często mi nie wypalały.
- Doskonale wiesz, że czeka mnie a raczej nas długa droga i tak na żywioł iść to raczej nie wypali. Jeżeli martwisz się, że zgubie drogę to bądź spokojny, wiem jak ją czytać. Czemu Ty ciągle we mnie wątpisz? - Mam go już czasami dość.
- Bo znam Ciebie równie dobrze jak Ty sam. - Odpowiedział bez namysłu, po czym dodał. - Albo nawet i lepiej.
- No tak, w końcu siedzisz w mojej głowie i możesz wędrować po jej zakamarkach, nawet takich których albo się boje albo nie chcę wiedzieć co w nich siedzi. Obyś był taki wyszczekany jak będzie mi potrzebna prawdziwa pomoc. - Muszę go ignorować, nie ruszyłem nic dalej z planem a jeszcze chcę podzielić całość na odcinki, które miałbym pokonywać danego dnia.
- Ty wiesz, że ja wiem co myślisz i Twoje ignorowanie mnie nic Ci nie da. Mogę tu krzyczeć, śpiewać, robić pompki cokolwiek a Ty i tak będziesz skazany na to wszystko co robię. Nie mądrz się tak i skup się na tym co ważne a nie wdajesz się w dyskusje z głosem w głowie. Zdaję sobie sprawę z tego, że jak Ciebie nie będzie to mnie też, więc mimo wszystko chce dotrzeć tam gdzie Ty. - Nie wiedziałem co mu odpowiedzieć więc milczałem i zająłem się dalszym planowaniem.
To cięższe niż myślałem, niby na lekcjach geografii przerabiałem tematy o mapach, ale wyznaczanie odcinków po około trzydzieści kilometrów sprawiło mi więcej trudności niż mogłem sobie tego spodziewać. Nie zwróciłem uwagi, że to już czternasta, muszę się położyć, muszę być wypoczęty na nocne "zakupy".
- Pamiętaj, że czeka Cię jeszcze jedna wyprawa tu na miejscu. - Milczący jak dotąd głos w głowie musiał przypomnieć mi o tym co muszę jeszcze zrobić, oraz że jego milczenie było tylko chwilowe.
- Dobrze o tym wiem. - Odpowiedziałem, chociaż dobrze wiedziałem, że on mi o tym przypomniał.
Zakładając, że będę mógł przejść około trzydziestu może czterdziestu kilometrów dziennie to trasa zajmie mi około dwóch miesięcy.
- Wóz albo przewóz. - Skwitował krótko głos.
Ignoruje go w takich chwilach żeby móc się skupić na tym co ważne, to nie czas na dyskusje z głosem w własnej głowie, który myśli, że pozjadał wszystkie rozumy. Z jednej strony chce omijać duże miasta bo tam zawsze może być niebezpieczniej niż w małych miasteczkach czy zabitych dechami wioskach, problemem są zapasy, których nie zabiorę ze sobą na dwa miesiące. W miastach chyba mimo wszystko będzie większe prawdopodobieństwo, że coś znajdę. Na początek muszę dostać się w okolice autostrady A1, okolice raczej wyludnione więc powinno być dobrze. Grudziądz, Toruń, Inowrocław, Gniezno i Poznań, to na początek musi mi wystarczyć. Jeżeli nie będzie żadnych komplikacji to w góra dwanaście dni powinienem tam dotrzeć.
- Bierzesz wszystkie czynniki negatywne pod uwagę? - Jak zwykle, głos pyta z niekrytą radością jakby zagiął mnie czymś o czym pewnie nie pomyślałem.
- Oczywiście, pogoda, zmęczenie, odciski i o wszelakich innych powodach opóźnienia mojego marszu pomyślałem. - Odparłem wiedząc, że tym razem mnie nie zagnie. Dodałem tylko. - Innych ludzi nie biorę pod uwagę. Takich rzeczy przewidzieć nie mogę.
- Co ja słyszę, od kiedy Ty tak wszystko planujesz? - Głos zapytał, dobrze wie, że rzadko kiedy planuję cokolwiek nauczony tym, że plany bardzo często mi nie wypalały.
- Doskonale wiesz, że czeka mnie a raczej nas długa droga i tak na żywioł iść to raczej nie wypali. Jeżeli martwisz się, że zgubie drogę to bądź spokojny, wiem jak ją czytać. Czemu Ty ciągle we mnie wątpisz? - Mam go już czasami dość.
- Bo znam Ciebie równie dobrze jak Ty sam. - Odpowiedział bez namysłu, po czym dodał. - Albo nawet i lepiej.
- No tak, w końcu siedzisz w mojej głowie i możesz wędrować po jej zakamarkach, nawet takich których albo się boje albo nie chcę wiedzieć co w nich siedzi. Obyś był taki wyszczekany jak będzie mi potrzebna prawdziwa pomoc. - Muszę go ignorować, nie ruszyłem nic dalej z planem a jeszcze chcę podzielić całość na odcinki, które miałbym pokonywać danego dnia.
- Ty wiesz, że ja wiem co myślisz i Twoje ignorowanie mnie nic Ci nie da. Mogę tu krzyczeć, śpiewać, robić pompki cokolwiek a Ty i tak będziesz skazany na to wszystko co robię. Nie mądrz się tak i skup się na tym co ważne a nie wdajesz się w dyskusje z głosem w głowie. Zdaję sobie sprawę z tego, że jak Ciebie nie będzie to mnie też, więc mimo wszystko chce dotrzeć tam gdzie Ty. - Nie wiedziałem co mu odpowiedzieć więc milczałem i zająłem się dalszym planowaniem.
To cięższe niż myślałem, niby na lekcjach geografii przerabiałem tematy o mapach, ale wyznaczanie odcinków po około trzydzieści kilometrów sprawiło mi więcej trudności niż mogłem sobie tego spodziewać. Nie zwróciłem uwagi, że to już czternasta, muszę się położyć, muszę być wypoczęty na nocne "zakupy".
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Apokalipsa we dwoje 2.
- Kiedy idziemy na spacer? - Usłyszałam kładąc się do łóżka.
- Niedługo moja droga. Teraz śpij, jutro czeka nas kolejny ciężki dzień. - Oznajmiłam całując małą w czoło. - Dobranoc Kruszyno.
Sama nie wiem kiedy wyruszymy, każdy mijający dzień sprawia, że czuję się coraz gorzej. Ciągle mam świadomość, że ta podróż może być ostatnią rzeczą jaką zrobię w swoim życiu. Łatwa nie będzie szczególnie, że będzie ze mną szła ośmioletnia dziewczynka. Dobrze, że mamy spore zapasy i przygotowania zajmą nam kilka chwil, aż boję się pomyśleć co by było gdybym musiała jeszcze zdobywać prowiant na tą całą wyprawę. Od dwóch tygodniu nie wychodziłam z domu i aż mam gęsią skórkę na myśl o wyjściu z naszego schronienia i udanie się w tak daleką podróż. Dlaczego Marsylia, co nas wtedy podkusiło żeby spotkać się właśnie tam? Przecież mogliśmy to zrobić w każdym innym miejscu. Sam pomysł wydawał się zabawny ale teraz już nie jest.
- Mamo. - Cichy głosił oderwał mnie od moich myśli.
- Tu jestem skarbie. - Wiedziałam, że już spała więc to małe kłamstwo ujdzie mi płazem. To nie pierwszy raz kiedy tak jej odpowiadam. Przytuliłam Matyldę, to zawsze działało na nią kojąco.
Już nie myślałam o wyprawie, chciała zasnąć. Byłam pewna, że tak jak każdej nocy będzie śniło mi się to samo, znów znajoma twarz, ten kojący głos mówiący mi: "Dzień dobry". Dwa słowa, które słyszałam tyle razy przez telefon. Zasnęłam niemal od razu.
- Niedługo moja droga. Teraz śpij, jutro czeka nas kolejny ciężki dzień. - Oznajmiłam całując małą w czoło. - Dobranoc Kruszyno.
Sama nie wiem kiedy wyruszymy, każdy mijający dzień sprawia, że czuję się coraz gorzej. Ciągle mam świadomość, że ta podróż może być ostatnią rzeczą jaką zrobię w swoim życiu. Łatwa nie będzie szczególnie, że będzie ze mną szła ośmioletnia dziewczynka. Dobrze, że mamy spore zapasy i przygotowania zajmą nam kilka chwil, aż boję się pomyśleć co by było gdybym musiała jeszcze zdobywać prowiant na tą całą wyprawę. Od dwóch tygodniu nie wychodziłam z domu i aż mam gęsią skórkę na myśl o wyjściu z naszego schronienia i udanie się w tak daleką podróż. Dlaczego Marsylia, co nas wtedy podkusiło żeby spotkać się właśnie tam? Przecież mogliśmy to zrobić w każdym innym miejscu. Sam pomysł wydawał się zabawny ale teraz już nie jest.
- Mamo. - Cichy głosił oderwał mnie od moich myśli.
- Tu jestem skarbie. - Wiedziałam, że już spała więc to małe kłamstwo ujdzie mi płazem. To nie pierwszy raz kiedy tak jej odpowiadam. Przytuliłam Matyldę, to zawsze działało na nią kojąco.
Już nie myślałam o wyprawie, chciała zasnąć. Byłam pewna, że tak jak każdej nocy będzie śniło mi się to samo, znów znajoma twarz, ten kojący głos mówiący mi: "Dzień dobry". Dwa słowa, które słyszałam tyle razy przez telefon. Zasnęłam niemal od razu.
***
Matylda obudziła się pierwsza. Ostatnio tak jest zawsze, że Mała wstaje pierwsza i po cichu bawi się tak żeby mnie nie obudzić.
- Cześć, chodź zjemy śniadanie a później będziemy rysować mapę. Co Ty na to? - Zapytałam, chociaż obie dobrze zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że nic innego nie mamy do roboty.
- Dobrze Ciociu. - Odpowiedziała, chociaż całą uwagę miała skierowaną na swoją lakę Barbie, która dni świetności minęły bezpowrotnie. Zaczęła nazywać mnie "Ciocią" około tygodnia po tym jak zostałyśmy same. Nie przeszkadzało mi to. Dobrze wiedziałam, że pomimo braku więzów krwi jesteśmy teraz rodziną i mamy tylko siebie. - Ale niedługo to się zmieni i będzie nas troje, - pomyślałam i dodałam szybko. - nie ma innej opcji, spotkamy się tam.
Zanim zajmę się śniadaniem muszę obejść cały dom i sprawdzić zabezpieczenia jakie udało nam się zrobić na początku końca. Wszystko wygląda tak jak wczoraj i każdego poprzedniego dnia rano i wieczorem. Czasem z nudów robię obchody też w dzień, w końcu to jakieś zajęcie zabijające czas, którego mam tutaj pod dostatkiem.
Jak dobrze, że ojciec Matyldy był zapalonym wędkarzem, wyjeżdżał czasem na cały tydzień zostawiając mnie z Dziewczynką całkiem samą. Te wyprawy sprawiły, że w domu zawsze był bardzo duży asortyment sprzętu biwakowego. Od namiotów zaczynając a na przenośnych toaletach kończąc. To właśnie w składziku w piwnicy znalazłam kuchenkę polową wraz ze sporym zapasem małych butli gazowych. Dzięki temu możemy codziennie jadać ciepłe posiłki.
Po śniadaniu, jak prawie każdego dnia schodzimy na dół i wychodzimy na taras. Wysoki i gęsty żywopłot sprawia, że nikt nie może nas zobaczyć. Dziś jest ładna pogoda i kładę się na trawie, która urosła już znacznie przez to całe zamieszanie. Zapalam papierosa, zaglądam do paczki. - Zostały mi jeszcze trzy, chyba czeka mnie niedługo odwyk - pomyślałam uśmiechając się do siebie. Matylda usiadła nieopodal z swoim plastikowym stegozaurem Karolem, mówiąc:
- Zobacz, Karol lubi spacerować po trawie.
- Widzę kochanie.
- Wiesz jak nie lubię gdy palisz. - Dziewczynka zmieniła ton starając się być jak najbardziej poważna dodając do tego minę, której miałam się przestraszyć.
- Wiem, już niedługo nie będziesz musiała patrzeć jak palę. - Położyłam głowę na trawie, patrząc na chmury pomyślałam, że to ostatnie chwile spokoju.
sobota, 27 grudnia 2014
Apokalipsa We dwoje 1.
"Mapy", ledwo dostrzegłem ten napis w ciemnej księgarni. Wszędzie walały się książki, a część regałów leżała lub opierała się o inne pod różnym kątem. - Oby były tam te, które są mi potrzebne. - pomyślałem przechodzą na czworakach pod jednym z regałów. W półmroku ledwo widzę co jest na okładkach mimo, że moje oczy już przyzwyczaiły się do ciemności.
- Może jednak skorzystam z latarki? - powiedziałem szeptem.
- A co jak ktoś Cię zobaczy? - Zapytał mnie głos w głowie.
- A kto w zaistniałych okolicznościach zagląda do księgarni? Myślisz, że Oni znajdą tu książkę "1001 potraw ze szczura" Jamiego Oliviera? - zapytałem ale głos zamilkł. Wyciągnąłem latarkę z bocznej kieszeni moich bojówek. Światło było słabe ale mogłem przynajmniej dostrzec nazwy miast, regionów i państw na grzbietach książek równo ustawionych na trzech półkach.
- Niemcy, Francja, Niemcy, Francja, Niemcy, Francja... - powtarzam jak mantrę. - Nie... - niemal krzyknąłem z radości widząc wyraźny napis, który uśmiecha się do mnie na środkowej półce. Sięgam po nią i stwierdzam, że nie jest aż taka ciężka jakby mogło się wydawać po rozmiarze. Pakuję ją do wojskowego plecaka, który znalazłem kilka dni temu przy jednej z drogowych barykad, postawionej w centrum miasta. - Jeszcze jedna. - myślę wracając do przeglądania półek. Zaczynam się irytować bo nie widzę jej. Zrzucam książki na ziemie licząc, że za nimi są jakieś kolejne. Ale nie ma nic więcej. Narobiłem przy tym na tyle dużo hałasu, że głos w mojej głowie znów powrócił.
- Przestań, nie ma tu jej. Chyba nie chcesz żeby ktoś Cię usłyszał? - Głos skarcił mnie i zapytał.
- Nie chce... - Odpowiedziałem lekko przygaszony.
- Ciesz się z tego co masz, może po drodze znajdziesz drugi atlas. - pociesza mnie głos.
- Może... - odpowiedziałem lekko zrezygnowany połowicznym sukcesem. Ale mam chociaż jedną książkę a mogłem wyjść stąd z pustymi rękoma.
Wyłączyłem latarkę i prawie czołgając przedostałem się do drzwi wejściowych księgarni, no raczej do miejsca, w których kiedyś się one znajdowały. Wyjrzałem na ulicę i rozglądając się w każdą stronę przyglądałem się najdokładniej jak mogłem oraz nasłuchiwałem tego co może kryć się w mroku. Brak jakiegokolwiek ruchu i dźwięku mówił mi, że można wyjść i ruszyć w drogę powrotną do "domu". Pomimo faktu, że od ponad trzech miesięcy nie spotkałem nikogo żywego, to nadal chodzę najciszej jak się da. Dwa razy widziałem migoczące światło świec w oknach ale po tym jak ostatnia osoba, którą spotkałem chciała mi rozwalić głowę łomem wolałem nie sprawdzać i nie szukać na siłę nowych znajomości. Fakt, że rozmawiał z Głosem w mojej głowie dodatkowo hamuję moje zapędy społeczne. Lekarze pewnie stwierdzili by jakąś chorobę psychiczną ale nie ma już psychiatrów i według mojej diagnozy głos jest jedynie mechanizmem obronnym przed całkowitym odejściu od zmysłów.
Celowo wybieram zawszę drogę przez miejsca niegdyś mniej zaludnione. W tak dużym mieście nie jest to proste ale póki co udawało mi się znajdować takie ścieżki, które wydawały mi się bezpieczne. Staram się nie przyjmować do wiadomości faktu, że zostałem tu całkowicie sam. Nie uwierzę w to, że osoby, które postanowiły zostać umarły albo jednak uciekły myśląc, że gdzieś jednak jest jakaś przystań dla uchodźców.
Podróż, do której się szykuję nie jest ucieczką, uciekać stąd to ja chciałem zanim piekło zapukało do bram miasta, teraz to ja chcę dotrzeć tam gdzie czas się zatrzymał, tam gdzie widziałem ją po raz pierwszy. Ustaliliśmy jakiś czas temu, tak dla żartów, że jak będziemy się kiedyś musieli odszukać to znajdziemy się właśnie tam. Muszę się jednak dobrze do mojej eskapady dobrze przygotować bo nie wiem co mnie może czekać i ile czasu droga mi może zająć. Muszę dobrze dobrać trasę, zebrać jakiś prowiant, zapas wody. Kiedyś pierwszy kwietnia był dniem żartów i dowcipów dla mnie to start najdłuższej wędrówki w moim życiu. Czas ucieka, a kto wie czy już nie uciekł całkowicie i na końcu podróży będzie czekać mnie jedynie pustka. Mimo negatywnych myśli chcę na końcu swojego życia powiedzieć sobie "Przynajmniej próbowałeś".
- Może jednak skorzystam z latarki? - powiedziałem szeptem.
- A co jak ktoś Cię zobaczy? - Zapytał mnie głos w głowie.
- A kto w zaistniałych okolicznościach zagląda do księgarni? Myślisz, że Oni znajdą tu książkę "1001 potraw ze szczura" Jamiego Oliviera? - zapytałem ale głos zamilkł. Wyciągnąłem latarkę z bocznej kieszeni moich bojówek. Światło było słabe ale mogłem przynajmniej dostrzec nazwy miast, regionów i państw na grzbietach książek równo ustawionych na trzech półkach.
- Niemcy, Francja, Niemcy, Francja, Niemcy, Francja... - powtarzam jak mantrę. - Nie... - niemal krzyknąłem z radości widząc wyraźny napis, który uśmiecha się do mnie na środkowej półce. Sięgam po nią i stwierdzam, że nie jest aż taka ciężka jakby mogło się wydawać po rozmiarze. Pakuję ją do wojskowego plecaka, który znalazłem kilka dni temu przy jednej z drogowych barykad, postawionej w centrum miasta. - Jeszcze jedna. - myślę wracając do przeglądania półek. Zaczynam się irytować bo nie widzę jej. Zrzucam książki na ziemie licząc, że za nimi są jakieś kolejne. Ale nie ma nic więcej. Narobiłem przy tym na tyle dużo hałasu, że głos w mojej głowie znów powrócił.
- Przestań, nie ma tu jej. Chyba nie chcesz żeby ktoś Cię usłyszał? - Głos skarcił mnie i zapytał.
- Nie chce... - Odpowiedziałem lekko przygaszony.
- Ciesz się z tego co masz, może po drodze znajdziesz drugi atlas. - pociesza mnie głos.
- Może... - odpowiedziałem lekko zrezygnowany połowicznym sukcesem. Ale mam chociaż jedną książkę a mogłem wyjść stąd z pustymi rękoma.
Wyłączyłem latarkę i prawie czołgając przedostałem się do drzwi wejściowych księgarni, no raczej do miejsca, w których kiedyś się one znajdowały. Wyjrzałem na ulicę i rozglądając się w każdą stronę przyglądałem się najdokładniej jak mogłem oraz nasłuchiwałem tego co może kryć się w mroku. Brak jakiegokolwiek ruchu i dźwięku mówił mi, że można wyjść i ruszyć w drogę powrotną do "domu". Pomimo faktu, że od ponad trzech miesięcy nie spotkałem nikogo żywego, to nadal chodzę najciszej jak się da. Dwa razy widziałem migoczące światło świec w oknach ale po tym jak ostatnia osoba, którą spotkałem chciała mi rozwalić głowę łomem wolałem nie sprawdzać i nie szukać na siłę nowych znajomości. Fakt, że rozmawiał z Głosem w mojej głowie dodatkowo hamuję moje zapędy społeczne. Lekarze pewnie stwierdzili by jakąś chorobę psychiczną ale nie ma już psychiatrów i według mojej diagnozy głos jest jedynie mechanizmem obronnym przed całkowitym odejściu od zmysłów.
Celowo wybieram zawszę drogę przez miejsca niegdyś mniej zaludnione. W tak dużym mieście nie jest to proste ale póki co udawało mi się znajdować takie ścieżki, które wydawały mi się bezpieczne. Staram się nie przyjmować do wiadomości faktu, że zostałem tu całkowicie sam. Nie uwierzę w to, że osoby, które postanowiły zostać umarły albo jednak uciekły myśląc, że gdzieś jednak jest jakaś przystań dla uchodźców.
Podróż, do której się szykuję nie jest ucieczką, uciekać stąd to ja chciałem zanim piekło zapukało do bram miasta, teraz to ja chcę dotrzeć tam gdzie czas się zatrzymał, tam gdzie widziałem ją po raz pierwszy. Ustaliliśmy jakiś czas temu, tak dla żartów, że jak będziemy się kiedyś musieli odszukać to znajdziemy się właśnie tam. Muszę się jednak dobrze do mojej eskapady dobrze przygotować bo nie wiem co mnie może czekać i ile czasu droga mi może zająć. Muszę dobrze dobrać trasę, zebrać jakiś prowiant, zapas wody. Kiedyś pierwszy kwietnia był dniem żartów i dowcipów dla mnie to start najdłuższej wędrówki w moim życiu. Czas ucieka, a kto wie czy już nie uciekł całkowicie i na końcu podróży będzie czekać mnie jedynie pustka. Mimo negatywnych myśli chcę na końcu swojego życia powiedzieć sobie "Przynajmniej próbowałeś".
Subskrybuj:
Posty (Atom)