poniedziałek, 29 grudnia 2014

Apokalipsa we dwoje 2.

- Kiedy idziemy na spacer? - Usłyszałam kładąc się do łóżka.
- Niedługo moja droga. Teraz śpij, jutro czeka nas kolejny ciężki dzień. - Oznajmiłam całując małą w czoło. - Dobranoc Kruszyno.
 Sama nie wiem kiedy wyruszymy, każdy mijający dzień sprawia, że czuję się coraz gorzej. Ciągle mam świadomość, że ta podróż może być ostatnią rzeczą jaką zrobię w swoim życiu. Łatwa nie będzie szczególnie, że będzie ze mną szła ośmioletnia dziewczynka. Dobrze, że mamy spore zapasy i przygotowania zajmą nam kilka chwil, aż boję się pomyśleć co by było gdybym musiała jeszcze zdobywać prowiant na tą całą wyprawę. Od dwóch tygodniu nie wychodziłam z domu i aż mam gęsią skórkę na myśl o wyjściu z naszego schronienia i udanie się w tak daleką podróż. Dlaczego Marsylia, co nas wtedy podkusiło żeby spotkać się właśnie tam? Przecież mogliśmy to zrobić w każdym innym miejscu. Sam pomysł wydawał się zabawny ale teraz już nie jest.
- Mamo. - Cichy głosił oderwał mnie od moich myśli.
- Tu jestem skarbie. - Wiedziałam, że już spała więc to małe kłamstwo ujdzie mi płazem. To nie pierwszy raz kiedy tak jej odpowiadam. Przytuliłam Matyldę, to zawsze działało na nią kojąco.
 Już nie myślałam o wyprawie, chciała zasnąć. Byłam pewna, że tak jak każdej nocy będzie śniło mi się to samo, znów znajoma twarz, ten kojący głos mówiący mi: "Dzień dobry". Dwa słowa, które słyszałam tyle razy przez telefon. Zasnęłam niemal od razu.
 ***
 Matylda obudziła się pierwsza. Ostatnio tak jest zawsze, że Mała wstaje pierwsza i po cichu bawi się tak żeby mnie nie obudzić. 
- Cześć, chodź zjemy śniadanie a później będziemy rysować mapę. Co Ty na to? - Zapytałam, chociaż obie dobrze zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że nic innego nie mamy do roboty. 
- Dobrze Ciociu. - Odpowiedziała, chociaż całą uwagę miała skierowaną na swoją lakę Barbie, która dni świetności minęły bezpowrotnie. Zaczęła nazywać mnie "Ciocią" około tygodnia po tym jak zostałyśmy same. Nie przeszkadzało mi to. Dobrze wiedziałam, że pomimo braku więzów krwi jesteśmy teraz rodziną i mamy tylko siebie. - Ale niedługo to się zmieni i będzie nas troje, - pomyślałam i dodałam szybko. - nie ma innej opcji, spotkamy się tam.
 Zanim zajmę się śniadaniem muszę obejść cały dom i sprawdzić zabezpieczenia jakie udało nam się zrobić na początku końca. Wszystko wygląda tak jak wczoraj i każdego poprzedniego dnia rano i wieczorem. Czasem z nudów robię obchody też w dzień, w końcu to jakieś zajęcie zabijające czas, którego mam tutaj pod dostatkiem. 
 Jak dobrze, że ojciec Matyldy był zapalonym wędkarzem, wyjeżdżał czasem na cały tydzień zostawiając mnie z Dziewczynką całkiem samą. Te wyprawy sprawiły, że w domu zawsze był bardzo duży asortyment sprzętu biwakowego. Od namiotów zaczynając a na przenośnych toaletach kończąc. To właśnie w składziku w piwnicy znalazłam kuchenkę polową wraz ze sporym zapasem małych butli gazowych. Dzięki temu możemy codziennie jadać ciepłe posiłki. 
 Po śniadaniu, jak prawie każdego dnia schodzimy na dół i wychodzimy na taras. Wysoki i gęsty żywopłot sprawia, że nikt nie może nas zobaczyć. Dziś jest ładna pogoda i kładę się na trawie, która urosła już znacznie przez to całe zamieszanie. Zapalam papierosa, zaglądam do paczki. - Zostały mi jeszcze trzy, chyba czeka mnie niedługo odwyk - pomyślałam uśmiechając się do siebie. Matylda usiadła nieopodal z swoim plastikowym stegozaurem Karolem, mówiąc:
- Zobacz, Karol lubi spacerować po trawie.
- Widzę kochanie. 
- Wiesz jak nie lubię gdy palisz. - Dziewczynka zmieniła ton starając się być jak najbardziej poważna dodając do tego minę, której miałam się przestraszyć.
- Wiem, już niedługo nie będziesz musiała patrzeć jak palę. - Położyłam głowę na trawie, patrząc na chmury pomyślałam, że to ostatnie chwile spokoju.

sobota, 27 grudnia 2014

Apokalipsa We dwoje 1.

"Mapy", ledwo dostrzegłem ten napis w ciemnej księgarni. Wszędzie walały się książki, a część regałów leżała lub opierała się o inne pod różnym kątem. - Oby były tam te, które są mi potrzebne. - pomyślałem przechodzą na czworakach pod jednym z regałów. W półmroku ledwo widzę co jest na okładkach mimo, że moje oczy już przyzwyczaiły się do ciemności.
- Może jednak skorzystam z latarki? - powiedziałem szeptem.
- A co jak ktoś Cię zobaczy? - Zapytał mnie głos w głowie.
- A kto w zaistniałych okolicznościach zagląda do księgarni? Myślisz, że Oni znajdą tu książkę "1001 potraw ze szczura" Jamiego Oliviera? - zapytałem ale głos zamilkł. Wyciągnąłem latarkę z bocznej kieszeni moich bojówek. Światło było słabe ale mogłem przynajmniej dostrzec nazwy miast, regionów i państw na grzbietach książek równo ustawionych na trzech półkach.
- Niemcy, Francja, Niemcy, Francja, Niemcy, Francja... - powtarzam jak mantrę. - Nie... - niemal krzyknąłem z radości widząc wyraźny napis, który uśmiecha się do mnie na środkowej półce. Sięgam po nią i stwierdzam, że nie jest aż taka ciężka jakby mogło się wydawać po rozmiarze. Pakuję ją do wojskowego plecaka, który znalazłem kilka dni temu przy jednej z drogowych barykad, postawionej w centrum miasta. - Jeszcze jedna. - myślę wracając do przeglądania półek. Zaczynam się irytować bo nie widzę jej. Zrzucam książki na ziemie licząc, że za nimi są jakieś kolejne. Ale nie ma nic więcej. Narobiłem przy tym na tyle dużo hałasu, że głos w mojej głowie znów powrócił.
- Przestań, nie ma tu jej. Chyba nie chcesz żeby ktoś Cię usłyszał? - Głos skarcił mnie i zapytał.
- Nie chce... - Odpowiedziałem lekko przygaszony.
- Ciesz się z tego co masz, może po drodze znajdziesz drugi atlas. - pociesza mnie głos.
- Może... - odpowiedziałem lekko zrezygnowany połowicznym sukcesem. Ale mam chociaż jedną książkę a mogłem wyjść stąd z pustymi rękoma.
 Wyłączyłem latarkę i prawie czołgając przedostałem się do drzwi wejściowych księgarni, no raczej do miejsca, w których kiedyś się one znajdowały. Wyjrzałem na ulicę i rozglądając się w każdą stronę przyglądałem się najdokładniej jak mogłem oraz nasłuchiwałem tego co może kryć się w mroku. Brak jakiegokolwiek ruchu i dźwięku mówił mi, że można wyjść i ruszyć w drogę powrotną do "domu". Pomimo faktu, że od ponad trzech miesięcy nie spotkałem nikogo żywego, to nadal chodzę najciszej jak się da. Dwa razy widziałem migoczące światło świec w oknach ale po tym jak ostatnia osoba, którą spotkałem chciała mi rozwalić głowę łomem wolałem nie sprawdzać i nie szukać na siłę nowych znajomości. Fakt, że rozmawiał z Głosem w mojej głowie dodatkowo hamuję moje zapędy społeczne. Lekarze pewnie stwierdzili by jakąś chorobę psychiczną ale nie ma już psychiatrów i według mojej diagnozy głos jest jedynie mechanizmem obronnym przed całkowitym odejściu od zmysłów.
 Celowo wybieram zawszę drogę przez miejsca niegdyś mniej zaludnione. W tak dużym mieście nie jest to proste ale póki co udawało mi się znajdować takie ścieżki, które wydawały mi się bezpieczne. Staram się nie przyjmować do wiadomości faktu, że zostałem tu całkowicie sam. Nie uwierzę w to, że osoby, które postanowiły zostać umarły albo jednak uciekły myśląc, że gdzieś jednak jest jakaś przystań dla uchodźców.
 Podróż, do której się szykuję nie jest ucieczką, uciekać stąd to ja chciałem zanim piekło zapukało do bram miasta, teraz to ja chcę dotrzeć tam gdzie czas się zatrzymał, tam gdzie widziałem ją po raz pierwszy. Ustaliliśmy jakiś czas temu, tak dla żartów, że jak będziemy się kiedyś musieli odszukać to znajdziemy się właśnie tam. Muszę się jednak dobrze do mojej eskapady dobrze przygotować bo nie wiem co mnie może czekać i ile czasu droga mi może zająć. Muszę dobrze dobrać trasę, zebrać jakiś prowiant, zapas wody. Kiedyś pierwszy kwietnia był dniem żartów i dowcipów dla mnie to start najdłuższej wędrówki w moim życiu. Czas ucieka, a kto wie czy już nie uciekł całkowicie i na końcu podróży będzie czekać mnie jedynie pustka. Mimo negatywnych myśli chcę na końcu swojego życia powiedzieć sobie "Przynajmniej próbowałeś".